Wstęp
Zamknięty w śnie
- Przykro mi, wydaję mi się, że Mike zapadł w niespotykaną dotąd śpiączkę - powiedział lekarz i popatrzył na panią Johnson.
Wstał i oddalił się razem z łkająca matką i zdenerwowanym, martwiącym się ojcem, tymczasem na pościelonym na biało łóżku spoczywał niewysoki, chudy i blady człowieczek, było to dziecko, miał około dwanaście lat. Jego usta nerwowo drgały. Trząsł się, jakby z zimna, bardzo nerwowo.
- Przykro mi, wydaję mi się, że Mike zapadł w niespotykaną dotąd śpiączkę - powiedział lekarz i popatrzył na panią Johnson.
Wstał i oddalił się razem z łkająca matką i zdenerwowanym, martwiącym się ojcem, tymczasem na pościelonym na biało łóżku spoczywał niewysoki, chudy i blady człowieczek, było to dziecko, miał około dwanaście lat. Jego usta nerwowo drgały. Trząsł się, jakby z zimna, bardzo nerwowo.
Rozdział 1
Szedł wolno wąziutką uliczką, wiodącą trochę w górę, a wokół niej równo poustawiane były małe murowane kamieniczki, składane z nierównych kamieni.
Przeważał głównie kolor wypłowiałej bieli i delikatnej szarości. W kwadratowych szarych bloczkach, wyróżniały się niewielkie okienka z czerwonymi ramami.
Niebo było niebieskie, czyste i przejrzyste, tylko czasem jakiś ptak przeciął powietrze i poszybował ku wschodzącemu słońcu. Słychać było śpiew przeróżnych ptaków, wśród których jednak najbardziej rozbrzmiewał śpiew mew. Dróżko wiodła wysoko w górę, tworząc niezwykły szlak. Ni był to chyba jednak bardzo używany szlak, gdyż bruk wyglądał bardzo dobrze, nie był zbytnio brudny oraz wytarty. Dodatkowo budynki nie miały drzwi, odróżnić je można było tylko po kolorze kamienia, gdyż nie było między nimi żadnych szpar, przejść. Tworzyły ciąg razem z uliczką. Po czasie wędrówka stała się męcząca i nie widać było końca. Nie wiedział co się stało, i czy nie jest to sen. Czy w śnie człowiek się męczy?
Czy w śnie można czuć? Jeżeli to był sen, to owszem. Czuł ból, oraz czuł grunt pod sobą. A gdyby nagle chciał znaleźć się gdzieś indziej? Sen to wytwór mózgu, a więc chyba mógł. W takim razie - Los Angeles - pomyślał i zamknął oczy. Kusiło go, aby je otworzyć, ale też bał się co się stanie. W końcu otworzył oczy. Nadal stał pośrodku owej wąskiej uliczki, w cieniu niedużych bloczków. Wpatrując się nadal w to samo miejsce. Krajobraz jednakowoż nabrał trochę innego wyrazu. Czuł zapach, który wyraźnie podrażniał jego nos i powodował chęć do wymiotowania - był to okropny smród, a więc zatkał szczelnie palcami nos. Spróbował uciec z zasięgu okropnego smrodu. Biegł w górę, aż w końcu poczuł pod sobą coś równie śliskiego jak lód i wywrócił się na tym.
Teraz zauważył, że wyżej zamiast szorstkiej kostki brukowej, widniała jakaś dziwna szklana tafla. Mike wstał, podpierając się rękoma i złapał równowagę, spróbował zbadać szklaną taflę, oglądał ją z każdej pozycji. Dojrzał w niej swoje własne odbicie. Przyglądał się sobie, badał ręką swoją twarz. Była inna, niezwykła. A może nie? Była dziwnie blada, widniały na niej dosłownie setki przeróżnych blizn i strupów. Nagle w tafli dojrzał również przerażające odbicie postaci pokrytej czarną materią. Patrzyła na niego zielonymi, świecącymi ślepiami spod głębokiego, czarnego kaptura. Odwrócił się, ale nie dostrzegł tam owej ciemnej postaci. Odwracając się w szklanej tafli też nie dostrzegł ciemnej sylwetki. Zastanawiał się teraz, czy nie była ona złudzeniem.
Właściwie czy to wszystko to nie jest złudzenia. Zastanawiał się, czy on jeszcze żyje i czy nie znalazł się w swoim miejscu po śmierci. Chociaż nie za bardzo w to wierzył, aczkolwiek nie był pewien. Może wszystko okaże się snem, może za chwilę obudzi się i mama zawoła go na śniadanie, może potem pójdzie do szkoły, a potem wróci i zacznie jeść obiad, potem będzie grał na komputerze i...
I nic. Dno. Nadal tkwi w tym dziwnym miejscu. Postanowił coś zrobić, podszedł do jednej z szarych kamieniczek, dotknął kamieni. Są idealnie wypukłe, aby mógł się po nich wspinać. Postawił więc pierwszy krok, był niezwykle łatwy, za łatwy. A więc zrobił drugi, trzeci, a potem czwarty z kolei. Wreszcie dotarł już prawie na górę kamieniczki, ale wtem poczuł, jak dziwna siła ciągnie go w dół i zaczyna spadać w dół. Powoli zamyka oczy, czeka na ból i o dziwo, nie czuje go. Ponieważ ostatnie kilka minut było dla niego bardzo ciężkie, zapomniał o strasznym zapachu, który nasilał się coraz to wyżej wchodził, na szczęście teraz nie mógł iść wyżej, gdyż nie byłby w stanie przejść spokojnie do góry po szklanej tafli.
Może i dobrze, że dalsza droga pokryta była szklaną taflą, bał się tego co jest wyżej, aczkolwiek zżerała go dzika ciekawość. Postanowił wrócić w dół. Droga w dół była nawet bardziej męcząca od drogi w górę, gdyż co chwilę trzeba było hamować, dlatego postanowił opierać się o kamieniczkę. Nagle spostrzegł niewielkie zwężenie się drogi i wreszcie zauważył widno kręg, niestety żmudna ścieżka ciągnęła się jeszcze przez dobre parę mil.
Na końcu owej dróżki zobaczył również wschodzące słońce, nawet piękniejsze niż prawdziwe, ogromne i pomarańczowe.
Zaczął biec w stronę źródła światła. Nie czuł zmęczenia, jedyne co czuł, to jakby jego nogi zlewały się z gruntem. Zmrużył oczy, pędził niczym wiatr, czując jakby unosił się leciutko w powietrze. W realnym życiu tak się nie da - pomyślał - chyba, że po narkotykach.
A on przecież on nigdy nie ćpał, nie pił, nie palił. Był właściwie wzorem dobrego dziecka, ukochanym synem rodziców i świetnym uczniem.
Przeważał głównie kolor wypłowiałej bieli i delikatnej szarości. W kwadratowych szarych bloczkach, wyróżniały się niewielkie okienka z czerwonymi ramami.
Niebo było niebieskie, czyste i przejrzyste, tylko czasem jakiś ptak przeciął powietrze i poszybował ku wschodzącemu słońcu. Słychać było śpiew przeróżnych ptaków, wśród których jednak najbardziej rozbrzmiewał śpiew mew. Dróżko wiodła wysoko w górę, tworząc niezwykły szlak. Ni był to chyba jednak bardzo używany szlak, gdyż bruk wyglądał bardzo dobrze, nie był zbytnio brudny oraz wytarty. Dodatkowo budynki nie miały drzwi, odróżnić je można było tylko po kolorze kamienia, gdyż nie było między nimi żadnych szpar, przejść. Tworzyły ciąg razem z uliczką. Po czasie wędrówka stała się męcząca i nie widać było końca. Nie wiedział co się stało, i czy nie jest to sen. Czy w śnie człowiek się męczy?
Czy w śnie można czuć? Jeżeli to był sen, to owszem. Czuł ból, oraz czuł grunt pod sobą. A gdyby nagle chciał znaleźć się gdzieś indziej? Sen to wytwór mózgu, a więc chyba mógł. W takim razie - Los Angeles - pomyślał i zamknął oczy. Kusiło go, aby je otworzyć, ale też bał się co się stanie. W końcu otworzył oczy. Nadal stał pośrodku owej wąskiej uliczki, w cieniu niedużych bloczków. Wpatrując się nadal w to samo miejsce. Krajobraz jednakowoż nabrał trochę innego wyrazu. Czuł zapach, który wyraźnie podrażniał jego nos i powodował chęć do wymiotowania - był to okropny smród, a więc zatkał szczelnie palcami nos. Spróbował uciec z zasięgu okropnego smrodu. Biegł w górę, aż w końcu poczuł pod sobą coś równie śliskiego jak lód i wywrócił się na tym.
Teraz zauważył, że wyżej zamiast szorstkiej kostki brukowej, widniała jakaś dziwna szklana tafla. Mike wstał, podpierając się rękoma i złapał równowagę, spróbował zbadać szklaną taflę, oglądał ją z każdej pozycji. Dojrzał w niej swoje własne odbicie. Przyglądał się sobie, badał ręką swoją twarz. Była inna, niezwykła. A może nie? Była dziwnie blada, widniały na niej dosłownie setki przeróżnych blizn i strupów. Nagle w tafli dojrzał również przerażające odbicie postaci pokrytej czarną materią. Patrzyła na niego zielonymi, świecącymi ślepiami spod głębokiego, czarnego kaptura. Odwrócił się, ale nie dostrzegł tam owej ciemnej postaci. Odwracając się w szklanej tafli też nie dostrzegł ciemnej sylwetki. Zastanawiał się teraz, czy nie była ona złudzeniem.
Właściwie czy to wszystko to nie jest złudzenia. Zastanawiał się, czy on jeszcze żyje i czy nie znalazł się w swoim miejscu po śmierci. Chociaż nie za bardzo w to wierzył, aczkolwiek nie był pewien. Może wszystko okaże się snem, może za chwilę obudzi się i mama zawoła go na śniadanie, może potem pójdzie do szkoły, a potem wróci i zacznie jeść obiad, potem będzie grał na komputerze i...
I nic. Dno. Nadal tkwi w tym dziwnym miejscu. Postanowił coś zrobić, podszedł do jednej z szarych kamieniczek, dotknął kamieni. Są idealnie wypukłe, aby mógł się po nich wspinać. Postawił więc pierwszy krok, był niezwykle łatwy, za łatwy. A więc zrobił drugi, trzeci, a potem czwarty z kolei. Wreszcie dotarł już prawie na górę kamieniczki, ale wtem poczuł, jak dziwna siła ciągnie go w dół i zaczyna spadać w dół. Powoli zamyka oczy, czeka na ból i o dziwo, nie czuje go. Ponieważ ostatnie kilka minut było dla niego bardzo ciężkie, zapomniał o strasznym zapachu, który nasilał się coraz to wyżej wchodził, na szczęście teraz nie mógł iść wyżej, gdyż nie byłby w stanie przejść spokojnie do góry po szklanej tafli.
Może i dobrze, że dalsza droga pokryta była szklaną taflą, bał się tego co jest wyżej, aczkolwiek zżerała go dzika ciekawość. Postanowił wrócić w dół. Droga w dół była nawet bardziej męcząca od drogi w górę, gdyż co chwilę trzeba było hamować, dlatego postanowił opierać się o kamieniczkę. Nagle spostrzegł niewielkie zwężenie się drogi i wreszcie zauważył widno kręg, niestety żmudna ścieżka ciągnęła się jeszcze przez dobre parę mil.
Na końcu owej dróżki zobaczył również wschodzące słońce, nawet piękniejsze niż prawdziwe, ogromne i pomarańczowe.
Zaczął biec w stronę źródła światła. Nie czuł zmęczenia, jedyne co czuł, to jakby jego nogi zlewały się z gruntem. Zmrużył oczy, pędził niczym wiatr, czując jakby unosił się leciutko w powietrze. W realnym życiu tak się nie da - pomyślał - chyba, że po narkotykach.
A on przecież on nigdy nie ćpał, nie pił, nie palił. Był właściwie wzorem dobrego dziecka, ukochanym synem rodziców i świetnym uczniem.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz