W końcu doszedł do końca uliczki. Zafascynowany oglądał się do tyłu. Widział wielką górę, pokrytą jakby lodem, a na jej szczycie malowała się dziwna płaszczyzna, jakby coś wcześniej tam stało, jakaś budowla, znacznie okazalsza niż te równo poukładane kamieniczki.
Za to teraz bardzo się zdziwił, gdy zszedł z kamiennej uliczki i zobaczył puszcze. Drzewa były piękne. Od przeważającej zieleni i żółci biło światło. Niebo stało się bardziej przejrzyste, słońce wschodziło już coraz wyżej w górę. Powoli przemierzał gąszcz, coraz to dalej, aż dotarł do niedużej chatki, zbudowanej w większości z drewna, które już zdążyło spróchnieć i nie wyglądało to zbyt estetycznie. Podszedł do maleńkich, bardzo maleńkich, gdyż mierzących połowę jego wysokości, czerwonych drzwi. W malutkim okienku z czerwoną ramą pojawiła się jakaś dziwna sylwetka. Potem nagle znikła, za białą zasłoną i pojawiła się w drzwiach. Był to bóbr - właź - powiedział i zaprosił niedużą łapką do swojego domu. Wtedy dostrzegł mały szkopuł, czy aby człowiek zmieści się do jego drzwi. Jednak gdy Mike schylił się nieco, udało mu się wejść. Wiedział, że można ufać bobrowi. Powoli zaczynało mu się to wszystko układać w jedną całość. Gdy znalazł się wewnątrz, w niedużym pokoiku, w którym jedynym źródłem światła było jedno malutkie okienko i kilka lamp naftowych, ściany pokryte były drewnianymi kaflami, podobnie jak podłoga. Pośrodku stał nieduży stolik z niskimi krzesłami.
Ogólnie całe wnętrze wyglądało ciekawie i tworzyło jakąś całość. - To przez ciebie! - wywrzeszczał bóbr. - Zburzyłeś nasz świat tworząc w wyobraźni tych kapłanów.
- Wasz świat? - spytał chłopiec.
- Owszem, nasz - warknął bóbr. - Wszystko co tu jest, tworzyłeś od dziecka w wyobraźni. O! - pokazał palcem na ścianę. Wisiał tam piękny miecz, którego klinga wykładana była rubinami, a koniuszek był idealnie ostry.
- piękny miecz
- Przepraszam, z tego wynika, że to jest mój świat! Mam do ciebie kilka pytań. O co chodziło Ci z kapłanami? - spytał Mike, był trochę zbulwersowany, jeżeli to on wymyślił im świat, to stworzył też bobra i jego dom.
- Wstrętne bestie. Stworzyłeś je, kiedy czytałeś horrory matki - powiedział bardzo niegrzecznym tonem Bóbr.
Ten świat rzeczywiście wydawał się dziwny, tym bardziej, że Mike'owi zawsze wydawało się, że jego myśli są poukładane w jedną całość. Nie wiedział, że stworzył świat dla dziwnych stworzeń. - Będą chciały przejąć kontrolę nad twoim życiem - kontynuował Bóbr. - ściągnąłem cię tutaj, abyś...
- Co!? - krzyknął Mike. - Przez ciebie tu jestem?
Dość, że zbudowałem ci świat, to jeszcze masz pretensje! Gdyby nie ja, to by cię nie było.
- Każdy człowiek ma swój świat - rzekł spokojnie bóbr. - Ten świat i tak by powstał.
- W takim razie nie miej do mnie pretensji, one tworzą się same, nie wiedziałem o tym - powiedział znacznie spokojniej Mike, aczkolwiek wciąż był zły na nowo poznanego bobra. - Jak mam wrócić?
- Nie wiem! - rzekł spokojnie bóbr.
- Co! Ściągasz mnie, naruszając moją egzystencję i nie wiesz, jak mam wrócić do MOJEGO ŚWIATA! - szczególnie ostatnie słowa podkreślił mocniejszym tonem.
Bób spuścił głowę. - Właściwie jak masz na imię i czy masz jakieś imię? - spytał chłopiec bobra.
- Richey..
- A więc bobrze Richey, jesteś mi coś winien. Powinieneś mi pomóc, ja wtedy obiecam ci, że zaraz po powrocie - nabrał oddechu i kontynuował - zmienię swoją wyobraźnię.
- Musimy zatem spotkać się z księciem Dobranoc - powiedział zechęcony obietnicą chłopca Bóbr. Po chwili zniknął za ciemną kotarą, prowadzącą do innego pomieszczenia i kilka sekund później wrócił ze starym, pofałdowanym kawałkiem pergaminu, wyglądającym na mapę. - To mapa tej krainy! - rzekł radośnie.
- Kto to jest książe "Dobranoc"? - wywarł nacisk na słowo dobranoc, owe imię wydawało mu się znajome, aczkolwiek nie wiedział skąd.
- Książe tej krainy - powiedział bóbr i po nabraniu powietrza do płuc i wypchaniu go, ponownie mówił - jego postać znika wraz ze swoim zamkiem, gdy wschodzi słońce i ponownie pojawia się nocą. Jest bardzo młody, ale też bardzo mądry.
Po chwili zastanowienia, bóbr dodał - pewnie z tego powodu jest księciem, że jest mądry, rzecz jasna.
Teraz Mike'owi przypomniała się dziwna płaszczyzna, na szczycie "szklanej góry". Pewnie tam znajduje się owy zamek
- Czyli on może mi pomóc, tak? - spytał chłopiec bobra, który w tej chwili obgryzał jakiś kawałek drewna.
- Ccco? - powiedział i wyjrzał nerwowo zza tego kawałka.
- Aaa. Tak tak, chyba tak - odpowiedział.
- A więc jak wspiąć się po szklanej tafli prowadzącej do zamku?
- A po co się wspinać? - bóbr znów zniknął za czarną kotarą i wrócił z miotłą wyglądającą jak ta z Harrego Pottera. Mike przeczytał napis na czubku tej miotły.
Nimbus dwa tysiące jeden
- Zostało Ci to po filmie, ta miotła Ci się spodobała, udało mi się ją odkupić od... nieważne kogo.
- I ona działa? - spytał zachwycony Mike.
- Tak, tak - powiedział bóbr. - Jednakowoż ostatnio nie chce mi coś palić, ale może uda się tym razem wznieść się w powietrze.
c.d.n
+Przypis od autorki: To nie jest tak, że on nie żyje, w żadnym razie. Musi jednak stoczyć nierówną walkę z tą swoją podświadomością, aby się obudzić. Tak zwana śmierć kliniczna.
czwartek, 26 maja 2011
środa, 9 marca 2011
Rozdział 1
Wstęp
Zamknięty w śnie
- Przykro mi, wydaję mi się, że Mike zapadł w niespotykaną dotąd śpiączkę - powiedział lekarz i popatrzył na panią Johnson.
Wstał i oddalił się razem z łkająca matką i zdenerwowanym, martwiącym się ojcem, tymczasem na pościelonym na biało łóżku spoczywał niewysoki, chudy i blady człowieczek, było to dziecko, miał około dwanaście lat. Jego usta nerwowo drgały. Trząsł się, jakby z zimna, bardzo nerwowo.
- Przykro mi, wydaję mi się, że Mike zapadł w niespotykaną dotąd śpiączkę - powiedział lekarz i popatrzył na panią Johnson.
Wstał i oddalił się razem z łkająca matką i zdenerwowanym, martwiącym się ojcem, tymczasem na pościelonym na biało łóżku spoczywał niewysoki, chudy i blady człowieczek, było to dziecko, miał około dwanaście lat. Jego usta nerwowo drgały. Trząsł się, jakby z zimna, bardzo nerwowo.
Rozdział 1
Szedł wolno wąziutką uliczką, wiodącą trochę w górę, a wokół niej równo poustawiane były małe murowane kamieniczki, składane z nierównych kamieni.
Przeważał głównie kolor wypłowiałej bieli i delikatnej szarości. W kwadratowych szarych bloczkach, wyróżniały się niewielkie okienka z czerwonymi ramami.
Niebo było niebieskie, czyste i przejrzyste, tylko czasem jakiś ptak przeciął powietrze i poszybował ku wschodzącemu słońcu. Słychać było śpiew przeróżnych ptaków, wśród których jednak najbardziej rozbrzmiewał śpiew mew. Dróżko wiodła wysoko w górę, tworząc niezwykły szlak. Ni był to chyba jednak bardzo używany szlak, gdyż bruk wyglądał bardzo dobrze, nie był zbytnio brudny oraz wytarty. Dodatkowo budynki nie miały drzwi, odróżnić je można było tylko po kolorze kamienia, gdyż nie było między nimi żadnych szpar, przejść. Tworzyły ciąg razem z uliczką. Po czasie wędrówka stała się męcząca i nie widać było końca. Nie wiedział co się stało, i czy nie jest to sen. Czy w śnie człowiek się męczy?
Czy w śnie można czuć? Jeżeli to był sen, to owszem. Czuł ból, oraz czuł grunt pod sobą. A gdyby nagle chciał znaleźć się gdzieś indziej? Sen to wytwór mózgu, a więc chyba mógł. W takim razie - Los Angeles - pomyślał i zamknął oczy. Kusiło go, aby je otworzyć, ale też bał się co się stanie. W końcu otworzył oczy. Nadal stał pośrodku owej wąskiej uliczki, w cieniu niedużych bloczków. Wpatrując się nadal w to samo miejsce. Krajobraz jednakowoż nabrał trochę innego wyrazu. Czuł zapach, który wyraźnie podrażniał jego nos i powodował chęć do wymiotowania - był to okropny smród, a więc zatkał szczelnie palcami nos. Spróbował uciec z zasięgu okropnego smrodu. Biegł w górę, aż w końcu poczuł pod sobą coś równie śliskiego jak lód i wywrócił się na tym.
Teraz zauważył, że wyżej zamiast szorstkiej kostki brukowej, widniała jakaś dziwna szklana tafla. Mike wstał, podpierając się rękoma i złapał równowagę, spróbował zbadać szklaną taflę, oglądał ją z każdej pozycji. Dojrzał w niej swoje własne odbicie. Przyglądał się sobie, badał ręką swoją twarz. Była inna, niezwykła. A może nie? Była dziwnie blada, widniały na niej dosłownie setki przeróżnych blizn i strupów. Nagle w tafli dojrzał również przerażające odbicie postaci pokrytej czarną materią. Patrzyła na niego zielonymi, świecącymi ślepiami spod głębokiego, czarnego kaptura. Odwrócił się, ale nie dostrzegł tam owej ciemnej postaci. Odwracając się w szklanej tafli też nie dostrzegł ciemnej sylwetki. Zastanawiał się teraz, czy nie była ona złudzeniem.
Właściwie czy to wszystko to nie jest złudzenia. Zastanawiał się, czy on jeszcze żyje i czy nie znalazł się w swoim miejscu po śmierci. Chociaż nie za bardzo w to wierzył, aczkolwiek nie był pewien. Może wszystko okaże się snem, może za chwilę obudzi się i mama zawoła go na śniadanie, może potem pójdzie do szkoły, a potem wróci i zacznie jeść obiad, potem będzie grał na komputerze i...
I nic. Dno. Nadal tkwi w tym dziwnym miejscu. Postanowił coś zrobić, podszedł do jednej z szarych kamieniczek, dotknął kamieni. Są idealnie wypukłe, aby mógł się po nich wspinać. Postawił więc pierwszy krok, był niezwykle łatwy, za łatwy. A więc zrobił drugi, trzeci, a potem czwarty z kolei. Wreszcie dotarł już prawie na górę kamieniczki, ale wtem poczuł, jak dziwna siła ciągnie go w dół i zaczyna spadać w dół. Powoli zamyka oczy, czeka na ból i o dziwo, nie czuje go. Ponieważ ostatnie kilka minut było dla niego bardzo ciężkie, zapomniał o strasznym zapachu, który nasilał się coraz to wyżej wchodził, na szczęście teraz nie mógł iść wyżej, gdyż nie byłby w stanie przejść spokojnie do góry po szklanej tafli.
Może i dobrze, że dalsza droga pokryta była szklaną taflą, bał się tego co jest wyżej, aczkolwiek zżerała go dzika ciekawość. Postanowił wrócić w dół. Droga w dół była nawet bardziej męcząca od drogi w górę, gdyż co chwilę trzeba było hamować, dlatego postanowił opierać się o kamieniczkę. Nagle spostrzegł niewielkie zwężenie się drogi i wreszcie zauważył widno kręg, niestety żmudna ścieżka ciągnęła się jeszcze przez dobre parę mil.
Na końcu owej dróżki zobaczył również wschodzące słońce, nawet piękniejsze niż prawdziwe, ogromne i pomarańczowe.
Zaczął biec w stronę źródła światła. Nie czuł zmęczenia, jedyne co czuł, to jakby jego nogi zlewały się z gruntem. Zmrużył oczy, pędził niczym wiatr, czując jakby unosił się leciutko w powietrze. W realnym życiu tak się nie da - pomyślał - chyba, że po narkotykach.
A on przecież on nigdy nie ćpał, nie pił, nie palił. Był właściwie wzorem dobrego dziecka, ukochanym synem rodziców i świetnym uczniem.
Przeważał głównie kolor wypłowiałej bieli i delikatnej szarości. W kwadratowych szarych bloczkach, wyróżniały się niewielkie okienka z czerwonymi ramami.
Niebo było niebieskie, czyste i przejrzyste, tylko czasem jakiś ptak przeciął powietrze i poszybował ku wschodzącemu słońcu. Słychać było śpiew przeróżnych ptaków, wśród których jednak najbardziej rozbrzmiewał śpiew mew. Dróżko wiodła wysoko w górę, tworząc niezwykły szlak. Ni był to chyba jednak bardzo używany szlak, gdyż bruk wyglądał bardzo dobrze, nie był zbytnio brudny oraz wytarty. Dodatkowo budynki nie miały drzwi, odróżnić je można było tylko po kolorze kamienia, gdyż nie było między nimi żadnych szpar, przejść. Tworzyły ciąg razem z uliczką. Po czasie wędrówka stała się męcząca i nie widać było końca. Nie wiedział co się stało, i czy nie jest to sen. Czy w śnie człowiek się męczy?
Czy w śnie można czuć? Jeżeli to był sen, to owszem. Czuł ból, oraz czuł grunt pod sobą. A gdyby nagle chciał znaleźć się gdzieś indziej? Sen to wytwór mózgu, a więc chyba mógł. W takim razie - Los Angeles - pomyślał i zamknął oczy. Kusiło go, aby je otworzyć, ale też bał się co się stanie. W końcu otworzył oczy. Nadal stał pośrodku owej wąskiej uliczki, w cieniu niedużych bloczków. Wpatrując się nadal w to samo miejsce. Krajobraz jednakowoż nabrał trochę innego wyrazu. Czuł zapach, który wyraźnie podrażniał jego nos i powodował chęć do wymiotowania - był to okropny smród, a więc zatkał szczelnie palcami nos. Spróbował uciec z zasięgu okropnego smrodu. Biegł w górę, aż w końcu poczuł pod sobą coś równie śliskiego jak lód i wywrócił się na tym.
Teraz zauważył, że wyżej zamiast szorstkiej kostki brukowej, widniała jakaś dziwna szklana tafla. Mike wstał, podpierając się rękoma i złapał równowagę, spróbował zbadać szklaną taflę, oglądał ją z każdej pozycji. Dojrzał w niej swoje własne odbicie. Przyglądał się sobie, badał ręką swoją twarz. Była inna, niezwykła. A może nie? Była dziwnie blada, widniały na niej dosłownie setki przeróżnych blizn i strupów. Nagle w tafli dojrzał również przerażające odbicie postaci pokrytej czarną materią. Patrzyła na niego zielonymi, świecącymi ślepiami spod głębokiego, czarnego kaptura. Odwrócił się, ale nie dostrzegł tam owej ciemnej postaci. Odwracając się w szklanej tafli też nie dostrzegł ciemnej sylwetki. Zastanawiał się teraz, czy nie była ona złudzeniem.
Właściwie czy to wszystko to nie jest złudzenia. Zastanawiał się, czy on jeszcze żyje i czy nie znalazł się w swoim miejscu po śmierci. Chociaż nie za bardzo w to wierzył, aczkolwiek nie był pewien. Może wszystko okaże się snem, może za chwilę obudzi się i mama zawoła go na śniadanie, może potem pójdzie do szkoły, a potem wróci i zacznie jeść obiad, potem będzie grał na komputerze i...
I nic. Dno. Nadal tkwi w tym dziwnym miejscu. Postanowił coś zrobić, podszedł do jednej z szarych kamieniczek, dotknął kamieni. Są idealnie wypukłe, aby mógł się po nich wspinać. Postawił więc pierwszy krok, był niezwykle łatwy, za łatwy. A więc zrobił drugi, trzeci, a potem czwarty z kolei. Wreszcie dotarł już prawie na górę kamieniczki, ale wtem poczuł, jak dziwna siła ciągnie go w dół i zaczyna spadać w dół. Powoli zamyka oczy, czeka na ból i o dziwo, nie czuje go. Ponieważ ostatnie kilka minut było dla niego bardzo ciężkie, zapomniał o strasznym zapachu, który nasilał się coraz to wyżej wchodził, na szczęście teraz nie mógł iść wyżej, gdyż nie byłby w stanie przejść spokojnie do góry po szklanej tafli.
Może i dobrze, że dalsza droga pokryta była szklaną taflą, bał się tego co jest wyżej, aczkolwiek zżerała go dzika ciekawość. Postanowił wrócić w dół. Droga w dół była nawet bardziej męcząca od drogi w górę, gdyż co chwilę trzeba było hamować, dlatego postanowił opierać się o kamieniczkę. Nagle spostrzegł niewielkie zwężenie się drogi i wreszcie zauważył widno kręg, niestety żmudna ścieżka ciągnęła się jeszcze przez dobre parę mil.
Na końcu owej dróżki zobaczył również wschodzące słońce, nawet piękniejsze niż prawdziwe, ogromne i pomarańczowe.
Zaczął biec w stronę źródła światła. Nie czuł zmęczenia, jedyne co czuł, to jakby jego nogi zlewały się z gruntem. Zmrużył oczy, pędził niczym wiatr, czując jakby unosił się leciutko w powietrze. W realnym życiu tak się nie da - pomyślał - chyba, że po narkotykach.
A on przecież on nigdy nie ćpał, nie pił, nie palił. Był właściwie wzorem dobrego dziecka, ukochanym synem rodziców i świetnym uczniem.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)